Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Digitalizacja

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Droga obiektu w digitalizacji

Droga obiektu w digitalizacji

 Przyjemnie jest usiąść sobie w kapcioszkach i z kubkiem herbaty przed komputerem lub tabletem, by skrolować manuskrypt z XIII wieku albo czasopismo z wieku XIX. Jako czytelnicy jesteśmy w znakomitej większości tak przyzwyczajeni do tej możliwości korzystania z bibliotecznych zbiorów, że nie zaprzątamy sobie głowy niczym więcej, poza tym, by wygodnie usadowić się w fotelu lub na kanapie i przeglądać repozytoria wedle swego uznania bądź potrzeb. Ale może komuś z Was przyszło kiedyś na myśl pytanie, jak to się dzieje, że to, co w danej chwili czytacie znalazło się na Waszym ekranie: jaką drogę musiała przebyć książka, gazeta czy grafika, którą teraz możecie sobie dowolnie użytkować – powiększać, edytować, modyfikować? W tym krótkim reportażu postaramy się przybliżyć ten tajemniczy proces, który być może (za)interesuje część z Was.

 

Co i dlaczego akurat to?

Jako Czytelnicy mogliście się niejednokrotnie zastanawiać – dlaczego jakieś dzieło jest dostępne w repozytorium, a inne nie? Już sama sytuacja, w której obiekt, z którego chcielibyśmy skorzystać znajduje się poza naszym zasięgiem jest co najmniej frustrująca, a zirytowanie takim stanem rzeczy niewątpliwie podsyca to, że nie wiemy dlaczego tak jest.

Najbardziej oczywistym czynnikiem, który decyduje o możliwości udostępnienia jakiegoś dzieła w wolnej domenie są prawa autorskie. Jeśli utwór jest nimi objęty, nie można go powielać ani udostępniać. Jest to truizm, ale warto pamiętać, że niuanse związane z prawami autorskimi są niejednokrotnie zawiłe. Dobrym przykładem na to, jakie trudności mogą temu towarzyszyć jest digitalizacja czasopism. Jak poradzić sobie z udostępnieniem gazety, której prawa już nie obejmują, ale w której zamieszczone zostały np. już nimi objęte fragmenty powieści? Jak w procesie digitalizacji wielu tysięcy numerów wyłapać wszystkie te przypadki? Zadanie wydaje się być karkołomne, by nie powiedzieć – niemożliwe. Tę mrówczą pracę wykonują m.in. osoby przygotowujące zbiory do cyfryzacji, będące w związku z tym szczególnie wyczulone na wyłapywanie tego rodzaju casusów. Jednym ze sposobów, które pozwalają na poradzenie sobie z tym problemem jest przykrycie wybranego fragmentu i zeskanowanie go w ten sposób. Niemniej, szczęśliwie są to jednak sporadyczne trudności.

Jeśli kryterium praw autorskich – a w zasadzie ich braku – jest spełnione [1], kolejnymi aspektami, które bierze się pod uwagę typując zbiory do digitalizacji są ich stan oraz wartość. Są to o tyle kłopotliwe kwestie, że stawiają przed wyborem – a ten w przypadku zbiorów bibliotecznych nigdy nie należy do prostych. Bibliotekarze zostają zatem postawieni przed dwoma niełatwymi do rozwiązania zagadnieniami. Pierwsze sprowadza się do tego, które dzieła są w tak złym stanie, że ostatnią deską ratunku, pozwalającą zachować je dla przyszłych pokoleń, jest utrwalenie ich w wersji cyfrowej. Drugie określa to, co jest w zbiorach biblioteki najcenniejsze – które dzieła reprezentują największą wartość kulturową, artystyczną oraz zabytkową. I tak, w ramach projektu Patrimonium objęte digitalizacją zostały chociażby XVIII-wieczne polonica (będące, póki co, rzadkością w repozytoriach cyfrowych), kolekcja autografów władców Polski (XVI-XIX w.) czy mapy i atlasy z XIX i XX wieku, czy ponad 300 tys. różnorodnych czasopism, również z XIX i XX w. Zatem pierwszeństwo mają zawsze największe skarby biblioteczne, będące niejednokrotnie unikatami na skalę kraju, a których do tej pory próżno można było szukać w innych repozytoriach. W ten sposób udaje się osiągnąć całe multum nieprzecenionych korzyści: rozsypujące się dzieła mają szansę na przetrwanie, a najcenniejsze, pilnie strzeżone skarby stają się dostępne bezpłatnie i bez ograniczeń dla każdego zainteresowanego Czytelnika.

 

Jak troszczyć się o schorowane zbiory?

 

 

Przygnębiający to widok: płody kultury przeszłych pokoleń rozsypujące się w dłoniach, z rozlatującymi się okładkami czy dziurawymi stronami. Czas nie jest łaskawy dla niczego, co materialne, mając również za nic nieśmiertelne idee i wartości artystyczne tego, co utrwalone zostało na papierze. Szczęśliwie, nie wszystko, co stare jest w złym stanie: paradoksalnie im bardziej wiekowe są zbiory, w tym lepszym stanie mogą być zachowane – wynika to między innymi z tego, że manuskrypty, a potem druki, były zwykle produkowane na wytrzymałych materiałach, takich jak papier ręcznie czerpany czy pergamin. W 2 poł. XIX wieku jakość papieru znacząco spadła wraz ze zmianą technologii jego produkcji, a tym samym z powiększeniem się grona odbiorców zarówno prasy, jak i książek – niestety masowość rzadko chodzi w parze z dobrą jakością i przystępną ceną. Papier zaczęto produkować maszynowo w środowisku kwaśnym, ze ścieru drzewnego. W związku z tym na zniszczenia narażone są druki XIX- XX-wieczne, szczególnie czasopisma, które produkowano na fatalnej jakości papierze. Założenie było rzecz jasna ekonomiczne: gazety codzienne dezaktualizowały się przecież błyskawicznie, a tym, że dla potencjalnych badaczy przeszłości mogą stanowić cenne (czasem jedyne) źródło informacji niespecjalnie się przejmowano. Problem z tzw. „kwaśnym papierem” polega również na tym, że degradacja z nim związana jest procesem postępującym, którego nie da się cofnąć. Niestety, delikatność tego typu zbiorów najbardziej uderza w użytkowników, którzy nie mają dostępu do tego, co jest już w złym stanie, lub co jest najbardziej narażone na uszkodzenia – takie egzemplarze są zwykle na stałe wyłączone z udostępniania. W tym wypadku jedyną możliwością, by Czytelnik mógł z nich skorzystać jest digitalizacja. Ją jednak – jeśli obiekt tego wymaga – poprzedzić muszą odpowiednie prace konserwatorskie. Następuje zwykle delikatne i pracochłonne oczyszczenie oraz staranna naprawa wszelkich uszkodzeń mechanicznych. Część zbiorów musi zostać również zdezynfekowana, jeśli zachodzi taka konieczność i odkwaszona. Wszystkie te procesy pomagają przedłużyć im życie i pozwalają na to, by proces skanowania w ogóle się odbył oraz – co najważniejsze – aby był owocny. Po skończeniu digitalizacji materiały umieszczane są w specjalnych opakowaniach, dostosowanych do odpowiedniej archiwizacji w magazynach. Tam mają spokojnie leżakować, nie niepokojone przez nikogo. Dotyczy to szczególnie tych zbiorów, które pomimo konserwacji wciąż są zbyt kruche, by z powrotem móc je udostępnić Czytelnikom w formie fizycznej. W ten sposób chroni się oryginały i jednocześnie nie ogranicza ich dostępności, bo korzystać z nich można do woli w formie cyfrowej.

 

Skanowanie – a co to za magia?

Przypuszczalnie każdy z Was kiedyś skanował coś w domu lub pracy. Pozornie czynność ta nie ma w sobie nic skomplikowanego ani podchwytliwego. Sytuacja jednak przedstawia się nieco inaczej, kiedy do czynienia mamy z profesjonalnym wykonywaniem kopii cyfrowych w bibliotece. W takiej sytuacji należy wziąć pod uwagę szeroką gamę czynników towarzyszących całemu procesowi. Przede wszystkim, skanery muszą być odpowiednio przystosowane do zbiorów wymagających delikatnego traktowania, a także do tych dzieł, które posiadają duże formaty, jak chociażby sporej wielkości mapy. Sprzęt, który do tego służy jest zatem nie tylko o wiele większy niż ten, którym posługujemy się na co dzień, ale jest też specjalnie zaprojektowany. Poza rozmiarami, sięgającymi czasem kilku metrów, część skanerów jest zaopatrzona w stoły dzielone, w których wysokość poszczególnych części można dostosować do położenia kopiowanego obiektu – tak, by podczas skanowania go nie uszkodzić. Kolejnym kluczowym aspektem jest kwestia jak najwierniejszego odwzorowania oryginału w wersji skopiowanej, co nie jest zadaniem łatwym. Szczęśliwie oprzyrządowanie, którym dysponuje BJ jest dobrane tak, by jak najlepiej spełnić i ten wymóg – dzięki temu użytkownicy mogą na swoich urządzeniach podziwiać grafiki i mapy w ich pełnej okazałości, bez obawy, że cyfrowy obraz, który mają przed oczami jest w jakikolwiek sposób zakłamany.

Skanery od lewej: i2S Copibook Cobalt A2 HD, Zeutschel OS 14000 A0

Skaner scanVpage A2

 

Opisane powyżej etapy digitalizacji nie obejmują wszystkich przygotowań, na które składa się cały proces. Nie do przecenienia jest przecież także benedyktyńska praca bibliotekarzy, którzy mają za zadanie katalogować zbiory jeszcze owym katalogowaniem nie objęte, a które zostały włączone do cyfryzacji – bez ich pracy prowadzenie dalszych działań jest w zasadzie niemożliwe. Z kolei jednym z końcowych (lecz kluczowych dla całości) etapów jest całościowa weryfikacja metadanych oraz jakości i poprawności wgrania skanów, którą zajmują się bibliotekarze cyfrowi. Dopiero po dokładnym sprawdzeniu przygotowanego obiektu, można go opublikować i pozwolić cieszyć się nim Czytelnikom.

Prace związane z digitalizacją są czynnościami złożonymi i obejmującymi całe spektrum zabiegów, które mają na celu nie tylko udostępnienie zasobów szerokiej publiczności, ale będących również momentem, w którym cenne oryginały można naprawić i zadbać o nie tak, by przetrwały w jak najlepszym stanie dla kolejnych pokoleń.

 

Redakcja

 

[1] Przyjmuje się, że cezurą jest 70 lat, z rozróżnieniem na różne możliwe przypadki (więcej: http://www.prawoautorskie.pl/roz-4-czas-trwania-autorskich-praw-majatkowych).

Bibliografia:
Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa, red. K. Sanetra, Kraków 2013.