Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Kartografia

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Portolan Ambrożego Kotowieckiego (ok. 1540)

Portolan Ambrożego Kotowieckiego (ok. 1540)

Mapy w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej należą do najpiękniejszych zabytków, jakie można zobaczyć w Krakowie. Nie są one na pozór tak łatwo dostępne, jak ołtarz Wita Stwosza czy krużganki zamku wawelskiego, ale dla chcącego nic trudnego: wiele z nich zostało już zeskanowanych i są dostępne na stronie Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej. Oczywiście korzystanie ze skanów ma swoje minusy. Wersje cyfrowe nie oddają faktury starego papieru i żywych barw, zrobionych z pigmentów, których dziś nie kupimy w żadnym sklepie z przyborami dla artystów. Ponadto niektóre mapy są duże, zajmują niekiedy blaty dwóch lub trzech stołów a ich powierzchnia imituje rozległą krainę widzianą z „boskiej” perspektywy. Na ekranie monitora tego nie zobaczymy. Ale skany mają też zalety: możemy powiększać ich części do dowolnych rozmiarów, oglądając detale i mistrzostwo wykonania. Są to prawdziwe dzieła sztuki, które możemy oglądać u siebie w domu.

Mapy, o których chciałbym dziś opowiedzieć, przyciągnęły jednak moją uwagę nie ze względu na to, że są duże (bo duże nie są) lub efektowne (a są w istocie przepiękne), ale dlatego, że można dzięki nim dowiedzieć się, jak je czytali ludzie żyjący kilka wieków temu.

Zwykle nie zadajemy sobie pytania, w jaki sposób czytamy mapę. Często w ogóle nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasz kontakt z mapą jest jakąkolwiek formą lektury. Po prostu jej używamy, zwykle chcąc znaleźć jakieś miejsce lub chcąc do tego miejsca trafić. Rozkładamy więc arkusz albo włączamy naszego smartfona i patrzymy. Ale to patrzenie nie jest oglądaniem samym w sobie, takim jak na przykład oglądanie filmu albo obrazu. Musimy odkodować zawarte na mapie symbole, zinterpretować znaczenie kolorów, ocenić relacje między poszczególnymi znakami lub zidentyfikować nazwy, zwykle oddane przy pomocy liter. Jest to, krótko mówiąc, akt lektury, jakkolwiek dość specyficznej i złożonej. Bo mapa jest kombinacją pisma, matematyki, symboli i odwzorowań plastycznych. Jeśli chcemy zrozumieć mapę, musimy ten skomplikowany układ połączyć w całość, czyli zinterpretować go według pewnych zasad.

Takie czytanie tekstu kartograficznego stało się możliwe jakieś pięćset lat temu, kiedy pojawiły się mapy podobne do tych, jakie znamy dzisiaj. Bo współczesna mapa tworzy się dopiero w XV wieku wraz z odkryciem starożytnego traktatu poświęconego kartografii, Geographike hyphegesis Klaudiusza Ptolemeusza (II w. n.e.). Śladem narodzin nowożytnej kartografii jest ciekawy egzemplarz rękopiśmiennej łacińskiej wersji tego traktatu, powstały we Włoszech w II poł. XV wieku, który przechowywany jest w skarbcu Biblioteki Jagiellońskiej.

 

Geographike hyphegesis, Klaudiusz Ptolemeusz

W zbiorach Jagiellonki znajduje się inny, wyjątkowy zabytek kartograficzny. Jest on ciekawy dlatego, że jego właściciel z XVI wieku bezlitośnie go popisał. Z punktu widzenia bibliofila, to wandalizm. Z punktu widzenia historyka literatury i kultury, to bezcenne ślady używania tego tekstu. Na ich podstawie możemy powiedzieć, jak humaniści czytali mapę.

Mam tu na myśli portolan z biblioteki króla Zygmunta Augusta. Portolan to rodzaj atlasu zawierającego mapy wybrzeży morskich. Od końca XIII wieku żeglarze używali map morskich do nawigowania swoich statków. Dowiemy się z nich przede wszystkim, jak wygląda linia brzegowa i odległość między różnymi miejscami, do których można dotrzeć drogą morską. Portolany pokazywały te wybrzeża, na których znajdowały się ważne porty handlowe. Mapy wchodzące w skład takiej książki przedstawiają więc przede wszystkim te obszary, na których kwitł handel: wybrzeża Morza Śródziemnego i Czarnego, Oceanu Atlantyckiego, Kanału La Manche i Morza Północnego, niekiedy Pacyfiku. Bałtyk, który był rzadko odwiedzany przez kupców, albo nie był przedstawiany wcale, albo pozostawał zmarginalizowany. Tak jest też w królewskim egzemplarzu portolanu z Biblioteki Jagiellońskiej. Mapy ukazują głównie wybrzeża śródziemnomorskie i atlantyckie, natomiast Morze Bałtyckie występujące tylko na jednej ze szczegółowych map zostało wciśnięte w jej prawy górny róg. Zresztą nie jest ono nawet pokazane w całości, gdyż kartograf wyrysował jedynie jego południowe brzegi i zlekceważył istnienie Gdańska. W rezultacie na mapie znalazł się tylko skrawek obszaru, na którym znajdowało się Królestwo Polskie.

Atlas krakowski został narysowany ok. 1540 roku przez sławnego kartografa Battistę Agnesego (1514–1556). Stworzył on ok. 70 portolanów, a do jego klientów należeli liczni władcy europejscy, w tym cesarz Karol V. Portolan z Biblioteki Jagiellońskiej stał się niedługo po jego narysowaniu własnością szlachcica Ambrożego Kotowieckiego. Przekazał on swój egzemplarz do biblioteki królewskiej. Informuje o tym wpis dedykacyjny właściciela: „Najjaśniejszemu Panu i Władcy Zygmuntowi Augustowi, z łaski Bożej królowi Polski i wielkiemu księciu litewskiemu a panu memu miłościwemu Ambrosius Kotowiecki”. Powyżej tej dedykacji znajduje się wytarty starszy napis, mówiący o tym, że właścicielem książki od 1544 roku był właśnie pan Ambroży.

 

Atlas naucticus, Battista Agnese

Dla Kotowieckiego lektura atlasu Agnesiego musiała być trudna, ponieważ jego ojczyzna, Polska, została dosłownie zmarginalizowana: w większości wypadków znalazła się poza mapą. Każdy z nas, współczesnych użytkowników atlasów, czułby się zapewne podobnie jak szesnastowieczny szlachcic. Kiedy po raz pierwszy widzimy nieznaną nam wcześniej mapę ukazującą terytorium, z którego pochodzimy, w pierwszej kolejności szukamy na niej naszej rodzinnej miejscowości. To kwestia naszej tożsamości i przywiązania do miejsca. Jeśli tej nazwy nie ma, czujemy rozczarowanie. Nie inaczej musiało być w przypadku Kotowieckiego. Polski na mapie de facto nie było. Sfrustrowany właściciel atlasu umieścił w związku z tym w stosownym miejscu nazwę Polonia. I to trzy razy, w tym raz nazwę podkreślił, a raz wykaligrafował wielkimi literami. Kotowiecki poszedł za ciosem i wzdłuż Zwrotnika Raka wielkimi literami zapisał swoje własne nazwisko: AMBROSIVS KOTHOWIECZKI EX MAGNA POLONIA (Ambroży Kotowiecki z Wielkopolski).

Atlas naucticusBattista Agnese

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten wpis, zareagowałem oburzeniem. Kotowiecki oszpecił swoim nierównym pismem przepiękny atlas. Potraktowałem go jak wandala. Tym bardziej, że swoje nazwisko w podobny sposób wykaligrafował na marginesach innych map z dzieła Agnesiego, niekiedy opatrując je datami 1554 i 1567. „Zniszczył” w ten sposób blisko połowę map. Po dłuższym namyśle w mojej głowie pojawiło się jednak pytanie: dlaczego polski szlachcic to robi, dlaczego tak mocno zaznacza, że to on jest właścicielem atlasu? Możliwe, że chodziło o to, aby nikt mu tych map nie ukradł. Ale wpisanie nazwy Polski i swojego nazwiska w obręb mapy musi być wytłumaczone w jeszcze inny sposób.

Barbarzyński czyn Kotowieckiego należy potraktować jako protest przeciw mapie, na której nie ma jego ojczyzny. Nie ma ojczyzny, czyli również jego samego, człowieka do niej przynależnego. Nieistnienie na mapie oznacza bowiem symboliczne nieistnienie w ogóle. Mówi się na przykład, że po utracie niepodległości przez Polskę pod koniec XVIII wieku, zniknęła ona z map Europy na 123 lata, czyli przestała istnieć. Kotowiecki siłą więc wdarł się na mapę, z której włoski kartograf lekkomyślnie go usunął. Jest to akt kontrmapowania, czyli kwestionowania oficjalnej lub powszechnie akceptowanej kartografii. Osoba, która kontrmapuje, tworzy swój własny, kartograficzny obraz świata.

 

Atlas naucticusBattista Agnese

Ambroży Kotowiecki nie był jedynym Polakiem w tamtym czasie, który dokonywał podobnych zabiegów. Zwykle odbywało się to w sposób mniej gwałtowny. Na przykład mój starszy kolega z Uniwersytetu Krakowskiego, Maciej z Miechowa (1457–1523) zanegował rzetelność mapy wspomnianego już Klaudiusza Ptolemeusza ukazującej Sarmację Europejską, czyli tereny polsko-litewskiej monarchii jagiellońskiej. U Ptolemeusza zaznaczone są m.in. Góry Ryfejskie i Hiperborejskie ciągnące się przez Lubelszczyznę, wkraczające na Mazowsze i dalej, przez Białoruś i Litwę wznoszące się wysokim łańcuchem w stronę północnej Rosji. Maciej z Miechowa wydał w Krakowie 1517 roku Tractatus de duabus Sarmatiis (Traktat o dwóch Sarmacjach), w którym podważył poglądy starożytnego uczonego. Traktat ten momentalnie stał się bestsellerem, bo przynosił nową, sensacyjną wiedzę geograficzną. W tych pierwszych dekadach druku wieści Macieja z Miechowa można porównać do relacji ze współczesnych odkryć w przestrzeni kosmicznej – np. nowej planety w naszym układzie słonecznym lub do lądowania na Księżycu. Tractatus przedrukowano więc we wszystkich ważniejszych wydawnictwach europejskich. Egzemplarz edycji opublikowanej w Augsburgu w 1518 roku zaledwie rok po wydaniu krakowskim również znajduje się w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej.

 

Każdy z obu wspomnianych użytkowników map (Miechowita i Kotowiecki) na swój sposób dokonuje gestu kontestowania powszechnie akceptowanej w I połowie XVI wieku wiedzy geograficznej. Gest ten wiąże się z humanistycznym wyrażaniem swojej tożsamości, a raczej z modelowaniem samego siebie (self-fashioning – jak określają to anglosascy historycy). W tym wypadku sławny profesor Maciej z Miechowa i mało znany humanista Ambroży Kotowiecki przy pomocy przeróbek mapy zdefiniowali siebie jako humanistów i jako Polaków. Popisany atlas Battisty Agnesiego jest więc jedynym w swoim rodzaju przykładem, jak renesansowy humanizm i ówczesne praktyki piśmiennicze przyczyniły się do tego, że jesteśmy tym, kim jesteśmy.

 

Jakub Niedźwiedź